
Jan Leń był żołnierzem armii austriackiej w czasie I wojny swiatowej. Jego pamiętnik znaleziony przez rodzinę przypadkiem w starym meblu pozwala spojrzeć na tamte burzliwe czasy okiem zwykłego człowieka wciągnietego w machinę wojny.
Dysponujemy historią spisaną przez naszego dziadka podczas I wojny światowej, na pamiętnik rodzina trafila wiele lat po śmierci dziadka. Znalezisko było dla wszystkich wielką niespodzianką To dziadek mojej żony Jolanty, zmarł w latach siedemdziesiątych XX wieku. Dopiero po śmierci Babci 10 lat temu , kiedy porządkowalismy rzeczy dziadków, znaleźlismy ten pamiętnik w starym sekretarzyku, do którego nikt nigdy nie zaglądał. Nikt nie wiedział o istnieniu pamiętnika nawet babcia. Dziadek nigdy nikomu nie opowiadał o swoich wojennych przeżyciach. Notatki napewno robił na gorąco bo nikt nie widział żeby cokolwiek spisywał i robił notatki. Szkoda, że nie pokazał go nam , można by go było dopytać o wiele rzeczy, a tak została tylko historia spisana na kartkach notesu.
Jan Leń urodził sie w Rogach w 1897 roku, ukończył tylko sześć klas szkoly podstawowej. Potem terminował w Krośnie w warsztacie ślusarskim. Mial zaledwie 19 lat gdy 15 listopada 1915 roku został żołnierzem armii austraickiej, a 27 grudnia 1915 r. Wyruszył z Przemyśla z kompanią marszową na wojnę na Bałkany.
Stary notes zapisany jest bardzo starannym pochyłym pismem, trudno uwierzyć, że notatki powstały podczas pełnej trudów podróży i na wojennym froncie. Zapiski są niezwykle skropulatne. Ale ich najważniejszą wartością jest to, że Jan Leń odnotowuje nie tylko daty. Jego wspomnienia są barwne i obrazowe, młody Jan opisuje w pamiętniku odwiedzane miejsca, sceny z codziennego życia żołnierzy, a nawet towarzyszące podróży nastroje, wreszcie szczegółowo opisuje bitwę z Rosjanami.
Z pamiętnika wyłania się obraz młodych zołnierzy, którzy opuszczali Przemyśl pełni optymizmu i ciekawości obcych krajów, w trakcie podróży stopniowo zaczynali jednak rozumieć, że nie jadą na zwyklą wyprawę, a zbliżajacy się front zaczynał budzić strach przed śmiercią.
Tadeusz Kapłon-Rybski
Pamiętnik z wojska
Dnia 27 grudnia 1915 roku wyjechałem z Przemyśla z kompanią marszową. Jechałem przez Lwów, Stanisławów, Kołomyję i wysiadłem w Śniatynie. Ze Śniatynia maszerowałem cały dzień do wsi Stecowej odległej od Śniatynia 20 km, tam byłem do 15 lutego. 15 lutego wyjechałem ze wsi Stecowa i przybyłem do Przemyśla, gdzie byłem wezwany do ewidencyjnej kancelarii w celu sprawdzenia mojej tożsamości po czem zostałem przydzielony do drugiej Kompanii marszowej. Od dnia 17 lutego 1916 roku do dnia 25 marca byłem w Przemyślu i wtemże dniu wyjechałem z Przemyśla.
Wyjeżdżając z Przemyśla byłem w dobrym humorze, bo z jednej strony pozbyłem się tego miasta i koszar gdzie nie jedną miałem przykrość, następnie byłem zadowolony i z tego, że zwiedzę nieznane mi dobrze kraje, ludzi i ich obyczaje, bo przecież jechaliśmy aż do Bośni pod granice czarnogórską. Dnia 25 marca 1916 roku wyruszyłem ze stacji Bakończyce, za Przemyślem leżącej dwa kilometry. Podróż z Bakończyc do granicy węgierskiej była dość wesoła, jechaliśmy przez Zagórz, Łupków. Do Zagórza przybyliśmy o godzinie 7 wieczorem 25 marca i tutaj dostałem kolację, w Łupkowie byłem dnia następnego o godzinie drugiej. O godzinie czwartej przejechałem granicę Galicji i Węgier, a o godzinie szóstej rano byłem w Medzilaborcu, a na godzinę 14 Miszkolcu. Następnie jechałem przez Budapeszt, …., Slawonski – Brot, Sarajewo, Mostar do Trebinje. Przez drogę nie zatrzymywaliśmy się nigdzie prawie. W Hawniskim (?) Brodzie tylko zatrzymaliśmy się, ponieważ musieliśmy czekać na pociąg transportowy, który nie był jeszcze gotowy do odjazdu.
Czas tutaj szedł bardzo prędko i wesoło, sypialiśmy pod namiotami, wstawaliśmy o godzinie 7 rano, godzinę mieliśmy ćwiczeń, a później cały dzień był wolny. Ja spędzałem wolny czas najchętniej nad Sawą przyglądając się wspaniałej rzece, która zwłaszcza wtem czasie wyglądała uroczo, uwijały się po niej małe czółna, tratwy i parowce. A wszystko to lśniło się w wiosennym słońcu i kołysało się na szarych falach wezbranej rzeki. Gdy tak po dwugodzinnym, a czasem i trzygodzinnym spacerze nad brzegiem rzeki, a czasem do tego poświęciłem jeszcze godzinę na zwiedzanie miasta, wróciłem pod namiot, obiad był już gotowy i jadłem go z wielkim apetytem. Po obiedzie godzina czasu poświęcona była na drzemkę, a potem znowu szedłem na przechadzkę i nie powracałem aż na kolację. Tak spędziłem w tem mieście cały tydzień i gdy pewnego poranka został wydany rozkaz by zwijać namioty, zwijałem je z pewnym żalem, bo tutaj przecież było jeszcze dość wesoło, ciepło i czasu nie brakowało na zaspokojenie mojej ciekawości.
Za godzinę kompania nasza gotowa była do odmarszu i niebawem rozpoczęliśmy marsz w kierunku miasta, przez które maszerowaliśmy wśród entuzjastycznych okrzyków miasta Brot Ślawonii. Wkrótce znaleźliśmy się na moście nad Sawą, który jest długi prawie na 1000 metrów i którem przechodzi również tor kolejowy. Gdy znaleźliśmy się na drugiej stronie rzeki, skręciliśmy na prawo i wmaszerowaliśmy do miasta Brot Bosni, tutaj rozłożyliśmy się na stacji i czekaliśmy na pociąg jeszcze 4 godziny. Ja czas ten spędziłem na zwiedzaniu miasta, którego typ budowy i mieszkańcy szczególnie mnie zainteresowali. Domy tutaj dość schludne, tylko że uderzają w oczy tem, ze są stosunkowo do naszych miast bardzo niskie i zbudowane przeważnie z kamienia. Mieszkańcy tutejsi składają się przeważnie z Chorwatów tylko strojem różnią się nieco od mieszkańców po prawej stronie Sawy, a wyróżniają się tem tylko, że noszą prawie wszyscy mężczyźni czerwone czapeczki, prawie na samym czubku głowy, można między nimi spotkać także prędzej mahometan.
W Brod w Bośni siedliśmy na pociąg wąskotorowy i wkrótce znaleźliśmy się w górach, tutaj krajobraz był szczególnie godny uwagi, z jednej strony stroma góra obrośnięta drzewami, przeważnie liściastemi, z drugiej potok górski w którem woda z zawrotna szybkością toczy się na dół po skałach,. Dalej znowu widać czeluście tuneli, do którego wjeżdżamy czasem i na pół godziny, a gdy tylko parowóz zagłębił się w czeluściach tunelu natychmiast zamykaliśmy drzwi i okna gdyż dym z lokomotywy wciskał się niemiłosiernie do każdego wagonu i jeszcze powiększał i tak panujący upał i zaduch. Niedługo jednak jechaliśmy przez te uroczą krainę, jaką jest Bośnia północna, a szczególnie niektóre jej okolice, bo już na drugi dzień wjechaliśmy w okolice jeszcze bardziej górzyste. Tutaj krajobraz był prawie że dziki, tylko gdzie niegdzie można było zobaczyć większe drzewo, gdyż całe dziesiątki kilometrów tak dolin jako tez gór zasłonione były olbrzymimi skałami, dziwnie tez wyglądały pod temi saklistemi górami wioski bośniackie zbudowane także z kamieni i pokryte niemi. Przyjechaliśmy nareszcie do miejsca przeznaczenia, do stacji i miasta Trebinje.
W Trebinje stacja kolejowa wygląda dość wzorowo, bo tez położył na jej budowie rękę rząd austryjacki. Budynki stacyjne wyglądają wzorowo widać tutaj ogromny budynek, pod którym się mieszczą duże poczekalnie, duże restauracje, mieszkanie naczelnika stacji, kancelaria ruchu. Magazyn towarowy i wiele innych. A wszystko to budowane było podług najnowszych planów, a utrzymywane jest do tego czasu – pomimo już rok trwającej wojny w należytym porządku. Na przeciwnej stornie toru kolejowego widać ogromne magazyny wojskowe. I nic to dziwnego, bo tutaj przecież jest ostatnia stacja austriacka nad granicą czarnogórską, tez przechodziły wszelkie transporty tak z wojskiem jak tez i materiałami wojennymi przeznaczonemi na front bałkański. Szły co prawda transporty także morzem, ale takie transportowanie wojska narażone było na wielkie niebezpieczeństwa, ponieważ łodzie podwodne włoskie panowały prawie całkowicie nad morzem Adriatyckim i mało który okręt mógł przejechać cały. W Trebinje pomieszczono nas za miastem w koszarach – barakach. Tutaj jednak nie spoczywaliśmy, ale cały dzień byliśmy w ruchu i tak: o godzinie 6 rano była pobudka, do siódmej musiał być każdy ubrany i po śniadaniu, o 7.15 była zbiórka i odmarsz na ćwiczenia. Ćwiczenia trwały do 11.30, obiad trwał do 13.30 i znowu ćwiczenia do godziny 18.00. Poczem następowała kolacja, dopiero po kolacji można było wyjść do miasta,
Pierwsze dni mego pobytu w Trebinje zeszły mi dość prędko, bo gdy tylko miałem trochę wolnego czasu zaraz szedłem zwiedzać miasto, które chociaż ubogiej okolicy, bo ze wszech stron otoczone górami, skalami jednak wygląd ma wspaniały, a nawet wygląda dość czysto i bogato. Widać tutaj bogate sklepy wspaniałe kawiarnie, o które szczególnie i najbardziej dba ludność Bośni, tam bowiem skupia się całe życie miast Bośniackich, widać tutaj bogatych kupców, uboższą ludność mieszczańską, nie brakuje też i wieśniaków, a wszyscy siedzą tu w bardzo zabawnych pozycjach, bo nogi każdy z pijących kawę – która jest ich ulubionym trunkiem – ma złożone pod siebie na sposób tak zwany turecki pomimo chodź siedzi na krześle. W sklepach pełno towarów, a najwięcej zaś można zobaczyć tytoniu, chleba świętojańskiego, fig, pomarańcz, cytryn i tym podobnych południowych owoców. Ludność Trebinje jest przeważnie muzułmańska, dlatego tez kobiet nie można było zobaczyć prawie wcale, a chociaż wyszła czasem na ulice taka wyznawczyni Mahometa, to całkiem była zasłonięta i twarzy jej, a nawet rąk nie można było wcale zobaczyć. Toteż nasi północni wielbiciele kobiet byli z tego bardzo niezadowoleni słyszałem tez prawie co dzień jak narzekali na to, iż jest jeszcze na świecie taki zacofany naród, który nie pozwala na to, żeby kobieta mogła się poszczycić swoją urodą. Bo trzeba wiedzieć, że kobiety muzułmańskie są bardzo ładne. Wpływa na to niezawodnie w dużej mierze ta zasłona, bez której żadna muzułmanka nie wyjdzie na ulicę, gdyż ona chroni ją doskonale przed promieniami południowego słońca i dzięki niej tylko muzułmanki mają delikatną cerę na twarzy.
Ale zwiedziwszy już dobrze każdy zakątek miasta nie chodziłem prawie do niego, ale zatrzymywałem się najczęściej na pomoście nad rzeka Trebinjcica, w której była niezliczona ilość dość dużych ryb, dość też było rzucić kawałek skórki z pomarańcza do wody, aby zobaczyć miliony ryb rozmaitego kalibru. Rzeka Trebinjcica opuszczając bramę mostową rozlewała się szeroko tworząc dość rozległe jezioro, dalej rozdziela się na trzy koryta i tworzy dwie dość duże wyspy, później schodzi się znowu i płynie jednym korytem. Ćwiczenia, które odbywaliśmy tutaj męczyły mnie bardzo, nie byłem co prawda przyzwyczajony do chodzenia po górach, ale byli tutaj tacy, którzy byli do nich przyzwyczajeni nie mogli znieść trudów na jakie byliśmy narażeni wspinając się na skaliste szczyty tych olbrzymich potworów, jak ich przeżywaliśmy.
Codziennie tez prawie odchodził ktoś do szpitala z moich kolegów, a chorowali na rozmaite choroby, najczęściej zaś były wypadki potłuczenia kamieniami. Chociaż co dzień prawie odchodził ktoś do szpitala z powodu potłuczenia się, ja jednak miałem szczęście i zawsze przychodziłem cało, ale chodź udało uniknąć mi się potłuczenia, za to nie uniknąłem świerzbu który panował w naszej kompanii, toteż po kilku wesołych wieczorach, które były ze szczypaniem i ??. musiałem wędrować do szpitala, w szpitalu tem byli ludzie rozmaitych narodowości i tak: byli tam Polacy, Czesi, Chorwaci, Węgrzy, Słowacy, Rumunii, Niemcy, Rusini nie brakowało tutaj także i Żydów, najwięcej jednak było Czarnogórców i Serbów, którzy wędrowali najpierw do obozu jeńców, a później znowu (…) co prawda, ale prawie wszyscy przywędrowali do szpitala. A bo też w takich obozach jenieckich stosunki panowały wprost okropne, nie było tam żadnej opieki lekarskiej, ludzie jak dzień tak i noc przebywali pod gołem niebem, albo tez w kiepskich barakach, gdzie nie było ani dobrego dachu, ani na czem się położyć, toteż spali ci ludzi na ziemi nie mając się czym przykryć, nic tez dziwnego, ze cała noc dochodził stamtąd płacz dzieci, lamenty i narzekania matek, a od czasu do czasu odzywał się mężczyzna, który mówił najczęściej takie słowa, o d których niejednej naszej kobiecie włosy stanęły by na głowie.
Ja w szpitalu nie byłem długo, bo tylko 10 dni. Powróciwszy do kompani nie byłem już długo w Trebinje, ponieważ znowu nowa ukazała się w kompanii choroba. Choroba tą była jaglica, a że jaglica jest chorobą zaraźliwą, więc komendant miasta, a raczej garnizonu odesłał nas do pewnej wioski, która leżała pod samą czarnogórską granicą. W wiosce tej jednak nie byliśmy długo, bo tylko miesiąc, gdyż jako oddział zapasowy zostaliśmy zapotrzebowani na front wschodni, gdzie było z austryjakami dość krucho.
Do Trebinje przymaszerowaliśmy dnia 13 czerwca, a zaraz na drugi dzień to jest 14 czerwca wsiedliśmy na pociąg i tego samego dnia odjechaliśmy. Jechaliśmy przez stacje: Hunia, Jasenica Ług, Mostar, Wojno, Raśkogóra, Dereźnica, Grabowica, i tem podobne małe stacje, których nie warto nawet wspominać, gdyż są to tylko przystanki prawie, wypada wspomnieć tylko Apani Mosti pod Sarajewem, gdyż jest to dość duża stacja oraz stacje mniejsze, Zenice i Zepce, w których to miejscowościach są polscy osadnicy.
Z Trebinje wyjechaliśmy 14 czerwca o godzinie 19.00, na godzinę 19 dnia 16 przybyliśmy do Brot Bośni, gdzie wsiedliśmy na pociąg szerokotorowy do Zanboru na Węgrzech pierwszej stacji przybyliśmy dnia 17 o godzinie 5 do Szabaki Przyjechaliśmy o godzinie 10.0 i tutaj dostaliśmy śniadanie. Śniadanie to składało się z kawałka chleba czarnej kawy i kawałka sera szwajcarskiego, nie było to więc nic nadzwyczajnego, a jednak smakowało mi lepiej aniżeli ciastko z białą kawą. Po śniadaniu wyruszyliśmy w dalsza drogę, więc nie za długo ukazało się nam w oddali drugie miasto, dość okazałe położone na równinie ze wszystkich stron prawie otoczone winnicami i ogrodami owocowymi, wjeżdżając tez na stacje myślałem sobie, ze może jesteśmy w Budapeszcie, tymczasem okazało się, gdy popatrzyłem na mapę, że jest to miasto Szeged, tutaj zatrzymaliśmy się nieco dłużej więc też dostaliśmy obiad, było to dnia 17 o godzinie 11. Przejeżdżaliśmy później przez następujące większe stacje: Nagy szalonto??, Debreczen, Erni?? Sze??? Nenieti?? Gdzie dostaliśmy kolacje, po kolacji położyliśmy się spać i chociaż spałem na ławce, nie mając żadnej poduszki ani tez żadnego pod sobą siennika, spało mi się nadzwyczaj smacznie, a nawet przyśniło mi się, że śpię w domu na łóżku, co gdy mi się przyśniło jeszcze smaczniej zasnąłem i tak przespałem do rana, gdy jednak przebudziłem się i zobaczyłem na około mnie a nawet i nade mną męskie twarze, rozczarowanie moje było wielkie.
Bo jak .spałem od różnych myśli, w śnie moim widziałem się w domu w ciepłej sypialni, dobrze okryty kołdra itd., a w rzeczywistości spałem na ławie w wagonie towarowem, przykryty co prawda, ale nie kołdrą tylko płaszczem, w czapce na głowie., w butach, a za poduszkę miałem mój kochany plecak, w którem się znajdował cały mój majątek, pilnowałem go też nieustannie ba za każdą drobnostkę w nim się znajdującą byłem odpowiedzialny.
Gdy po przetarciu ócz wyjrzałem z wagonu zobaczyłem, że wjeżdżamy do miasta, śledziłem też pilnie okolicę myśląc, że może zobaczę znajomą postać, albo chociaż dom podobny do naszych na Podkarpaciu, nic jednak zobaczyć nie mogłem i już miałem odejść od drzwi gdy w tem ozwał się świst lokomotywy i pociąg wjechał na dość dużą stację . Teraz dopiero dowiedziałem się gdzie jestem, bo zobaczyłem na budynku stacyjnym wypisane dużemi literami Mermarosz Sziged.
W Mermarosz Sziged nikt już z towarzyszy podróży nie spał więc ruch w wagonie panował ogromny, jedni wstawali i sprzątali zaraz swoje rzeczy, które mieli porozkładane po ziemi albo po ławkach, inni szukali wody, aby się umyć, byli i tacy co szukali co do zjedzenia, w tem też celu wybiegali na stację, a nawet na miasto, najwięcej zaś było takich co czekali na trąbkę, mając już przygotowane naczynia na śniadanie.
Niedługo też czekali na to śniadanie, bo już dawno było gotowe, kucharze czekali tylko na to, aby pociąg zatrzymał się gdzieś dłużej, toteż gdy dowódca transportu dowiedział się na stacji, że pociąg będzie stał całą godzinę zaraz kazał trąbić na śniadanie, co gdy żołnierze posłyszeli zrobili ruch jeszcze większy, ale teraz już szło wszystko ujęte w karby dyscypliny. Było więc słychać najpierw słowa komendy, następnie zaś widać było jak zachodził pluton za plutonem najpierw w dwurzędzie, później w jednem, nareszcie jak każdy żołnierz otrzymawszy pół litra czarnej kawy uciekał do wagonu, aby się nią nieco chociaż zagrzać.
Niedługo po śniadaniu dano znać sygnałem, że pociąg zaraz odjeżdża, jakoż po odezwaniu się sygnału naczelnika stacji ruszył pociąg w dalszą drogę ku granicy Galicji, było to dnia 19 czerwca o godz. ósmej.
Jak tylko wyruszyliśmy z Mermarosz Sziged okolica zmieniła się zupełnie. Dotąd jechaliśmy równiną węgierska, mając po obydwu stronach rozległą płaszczyznę porosłą zbożami wszelkiego gatunku i rozmaitymi warzywami, teraz znowu po obydwu stronach nic więcej nie było widać tylko góry i lasy, gdzieniegdzie tylko między górami porozkładały się małe wioski, ludność tych wiosek poubierana dziwacznie, bo w grubych obciskających nogę sukiennych spodniach i w bluzach z tego samego materiału, czapkach zaś baranich, butach zrobionych, a raczej w chodakach u których nie ma podeszwy tylko wprost kawałek skóry zasznurowanej na wierzchu – mężczyźni, kobiety zaś poubierane w spódnice i kaftaniki z tego samego sukna oraz buty tego samego kroju co i mężczyźni, tylko że poodziewane płachtami z płótna białego, także swojego wyrobu.
Wśród tych gór jechałem aż do południa i tak jeszcze nie było widoku, aby się wnet skończyły. O godzinie trzynastej przyjechałem do Kereszmero, tam dostałem obiad. Kereszmero, położone jest na granicy Galicji i Węgier, stacja Kereszmero zbudowana jest na pochyłości olbrzymiej góry, miasteczko zaś, a raczej wieś w dolinie, domy wszystkie prawie drewniane, pokryte zaś są gontami. W Kereszmero wyjechaliśmy o godzinie czternastej, teraz mieliśmy już góry spadające więcej w stronę południową, toteż pociąg szedł trochę raźniej po czem można było wnioskować, że ma maszyna lżejszą pracę niedługo też jechaliśmy, a w oddali ukazało się miasto Delatyń. W Żelatynie nie staliśmy długo o tylko godzinę i wyruszyliśmy dalej, niebawem znaleźliśmy się w Kołomyi, tam też wysiedliśmy wagonów w których jechaliśmy cztery dni, tj. z Brot Bośni. Z Terbinje zaś do Kołomyi jechaliśmy sześć dni, tj. wsiedliśmy dnia 14 czerwca, wysiedliśmy zaś dwudziestego o godz. drugiej.
C. D.N...